Barbara chce udowodnić, że lekarz popełnił błąd. Sprawiedliwości szuka w prokuraturze i w sądzie lekarskim

LIDIA GÓRALEWICZ
Czy istnieje granica wieku, po której pacjenta nie warto już leczyć? Kto ma prawo decydować, czyje życie ratować, a czyje nie? Czy lekarz może przedmiotowo traktować człowieka i nie liczyć się z opinią rodzinny? Czy ...

Czy istnieje granica wieku, po której pacjenta nie warto już leczyć? Kto ma prawo decydować, czyje życie ratować, a czyje nie? Czy lekarz może przedmiotowo traktować człowieka i nie liczyć się z opinią rodzinny? Czy mamy prawo do rzetelnej informacji o stanie chorego? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi poszukuje Barbara. Choć jej ojciec zmarł pół roku temu, blizny po stracie są jeszcze świeże. Szuka wyjaśnienia dla dręczących wątpliwości.

"Gazeta Krakowska" rozdrapała rany
Barbara z ojcem była bardzo związana. Odkąd pamięta, był dla niej autorytetem. - Mieliśmy swoje małe tajemnice. Wspólne wyprawy. Zawsze mogłam polegać na tacie. Gdy dorosłam, czułam, że on także liczy się z moim zdaniem - opowiada. Wspomina go jako ciepłego i życzliwego wszystkim człowieka. Miał wielu przyjaciół. Był aktywny, choć od 25 lat walczył z chorobą nerek. - Był dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Dlaczego dla lekarzy stał się tylko przypadkiem jakiejś statystycznej choroby, z którą nie chcieli, albo nie mogli się zmierzyć? - pyta. Miała świadomość, że przyjdzie jej się z tatą rozstać. Nie przypuszczała jednak, iż pożegnanie będzie tak dramatyczne. Pogrzeb odbył się w marcu. Ale złych wspomnień nie zaciera czas. Stale odżywają na nowo. Kobieta ciągle zadaje sobie pytanie "dlaczego?". Pewnego dnia czytała "Gazetę Krakowską". - Niedbali, niesolidni, biorą w "łapę", pacjent to dla nich zło konieczne... To fakty, czy obiegowe mity - przeczytała w tekście Ireneusza Kutrzuby. Nie miała wątpliwości jak odpowiedzieć.
Internet odpowiadał na najtrudniejsze pytania
Ojciec Barbary trafił do szpitala na wycięcie jedynej nerki, którą posiadał. Dializowany przywykł do choroby. Była częścią rodzinnego życia. O nerkach Barbara wiedziała prawie wszystko. Gdy pojawiały się wątpliwości, szukała rady w internecie i u znajomych lekarzy. Gdy stan chorego pogorszył się, przewieziono go do szpitala. Krótkie leczenie nie przyniosło rezultatu. Po kilkudniowej wizycie w domu, pacjent znów trafił do chrzanowskiego szpitala. Tym razem na salę operacyjną. Było źle. Mężczyznę przewieziono na Oddział Intensywnej Terapii. Walczył o życie kilka dni. Potem, po tygodniowym pobycie na urologii wypisano go do domu. - Usunięto tacie dreny i wypisano, cytuję: "w stanie dobrym". Ze zbędnym wenflonem, bez antybiotyków, słaniającego się na nogach i podtrzymywanego przez rodzinę, ciężko chorego człowieka zabraliśmy do domu - Barbara pisze w liście do lekarskiego sądu. Na szpitalnym wypisie jest czarno na białym, że stan pacjenta jest dobry. Tylko czy dobry, może oznaczać śmierć po kilku dniach? - Pamiętam, że nie podobały mi się objawy, które obserwowałam u taty. Nie wiedziałam co, jednak wydawało mi się, że coś jest nie tak. Wieczór spędziłam grzebiąc w internecie. Podejrzewałam, że tato ma sepsę. Postanowiłam zapytać. Lekarka odpowiadała oględnie. W końcu postawiłam pytanie wprost. Czy tato ma sepsę? Po kilku sekundach wahania, odpowiedziała, że tak. Czy nie miałam prawa tego wiedzieć od razu? - zapytuje rozmówczyni "GK".

Cios zadany niespodziewanie
Wypis ojca ze szpitala dodał rodzinie skrzydeł, a dobr y stan dał nadzieję. Miało iść już tylko ku lepszemu. - Byłam spokojna. Uwierzyłam lekarzom. Dałam im nawet pieniądze i tak zwane "dowody wdzięczności" za trud leczenia taty. Myślałam, że tak trzeba. Ordynator wyraźnie dał do zrozumienia, że przeprowadził ciężką operację i bardzo się napracował. Gestem pokazał, że jestem mu winna coś więcej niż "dziękuję". Na pytanie o rokowania usłyszałam, że mój tato, to już starszy człowiek - opowiada Barbara. Pyta, kto ma prawo decydować o tym, czyje życie warto przedłużać, a czyje nie. Jednak ufała lekarzowi. Życie ukochanego człowieka nie ma ceny. Kilka dni później dowiedziała się, że płaciła za "uratowanie" człowieka, który umierał. - Jak można było wziąć pieniądze, mając świadomość, że nie pomogło się pacjentowi wcale? - pyta. Po kilku dniach pobytu w domu, stan zdrowia mężczyzny pogorszył się na dobre. Telefon na pogotowie nie przyniósł rezultatu. - Mówią, bym przywiozła tatę. Tylko jak? On wtedy nie był w stanie nawet siedzieć. Za radą życzliwej osoby dzwonię i mówię, że tata ma bóle w klatce piersiowej. Pogotowie przyjechało - opowiada córka. Dla ojca nie było już ratunku. Umarł, mimo starań jakie czynił personel nefrologii. - Personelowi tego oddziału wyraźnie zależało na życiu mojego taty. Tam go autentycznie ratowano. Tam też dowiedziałam się, że umiera. Wcześniej nikt jasno nie powiedział mi, że to już koniec. A ja chciałam to wiedzieć. Chciałam mieć czas na pożegnanie. Na chwilę spokoju podczas rozstania - opowiada, z trudem tłumiąc napływające do oczu łzy.

Nadszedł czas rozliczenia
- Jak można było wypisać do domu człowieka chorego na sepsę? Bez leków, bez antybiotyków, za to z wenflonem, któr y sprawiał dodatkowy ból - mówiła rzecznikowi odpowiedzialności zawodowej, który orzekł, że zapewne wynik sekcji zwłok był nieprawidłowy. Pytania kierowała także do dyrekcji szpitala. - W wyniku zebranych informacji ustalono, że operacja usunięcia jednej nerki była bezwzględnie konieczna. Biorąc pod uwagę przyczynę zabiegu operacyjnego, należy powiedzieć, że jest ona u chorego dializowanego obarczona dużym ryzykiem wystąpienia powikłań - brzmiała odpowiedź. Na pytanie, dlaczego pozwolono człowiekowi tak cierpieć, a rodzinie mieć nadzieję, Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej odpowiada. - Pismo zostało zarejestrowane pod numerem RO... i jest przedmiotem rozpatrywania. O zajętym stanowisku zawiadomimy w terminie późniejszym - czytamy. - Tylko prokuratura potraktowała mnie poważnie i informuje o biegu sprawy - wyjawia córka zmarłego. - Nie mogę się pogodzić z tym, że moi rodzice po 47 latach udanego małżeństwa zostali narażeni przez zaniedbanie w leczeniu, na psychiczne, a tata także na fizyczne cierpienie. Śmierć dla ojca była już wybawieniem, ale czy musiało tak się stać? - pyta Barbara w którejś z kolei skardze.

Nie zasypie winy ziemią
Jedyną dla niej satysfakcją jest fakt, że lekarz nie pracuje już w chrzanowskim szpitalu. Jednak winien wziąć odpowiedzialność za swoje zaniedbania. Jaka to ma być kara? - Nie wiem. Od tego są służby prawne - odpowiada. - Błędy i zaniedbania lekarzy w większości kryje ziemia. Ludzie przyjmują je jako zło konieczne. Tylko nieliczni dochodzą swoich praw przed sądem, bo wygranie takiego procesu, w przypadku znanej s o l i d a r n o śc i środowiska lekarskiego, graniczy z cudem - przeczytała Barbara w "Gazecie Krakowskiej". Postara się powalczyć o ten cud. - Jestem Mu to winna - zaznacza.

Po co nam Polski Ład?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie